Carp Life
Menu
Strona głównaArtykułyTuż przed świtem...
Tuż przed świtem...

22 sierpień, mija godzina dwunasta, koniec pracy i koniec zmagań z hałaśliwą codziennością. Uciekam nad wodę w pozamiejską strefę ciszy i spokoju w poszukiwaniu wielkich okazów.

67 godzin czystej przyjemności łowienia w klimacie wiejskiej sielanki. Bagaże gotowe, ja również! Głodny kontaktu i widoków płynących z urokliwej zjawiskowej przyrody. Na próżno zaklinam wiatr, wywołuje deszcz i poszukuje ciemnych chmur w rozległym błękicie nieba. Stabilna pogoda - prognozy nie przewidywały znacznych radykalnych zmian.

Do towarzystwa w monotonną podróż zabieram dawkę mocy rasowego hard rocka, odświeżoną z kurzu płytkę Eelktric z pod szyldu kapeli THE CULT. 


Arsenał spakowany, doładowuje gadżety, jadło, kije w lufy, odpalam terenowe i ruszam w samotną wyprawę do miejsca odległych wspomnień i początków karpiowej wędrówki. Za szybą stare znajome widoki, barwne pola, łąki a na nich wbite w horyzont dziwadła nowe potężne konstrukcje elektrowni wiatrowych.

Wraz z upływającymi kilometrami do dźwięków gitarowej wirtuozerii dołącza dzika owocowa nuta świeżo rozmrożonych kulek. Czuję jak zapach pobudza moje zmysły, zaprasza wyobraźnię do krainy marzeń - wielkich dzikich karpi. Przemyślenia, analiza dna, środowiska wodnego, presja wędkarzy powoli kształtuje wybór taktyki.

Już na samym początku (z końcem lat 90) w pierwszej fazie zafascynowania życiem karpia, zrozumiałem, że obserwacja, wnikliwe badania gatunku zdecydowanie wpływają na kontakt i skuteczność. Wreszcie dotarłem, ociężałe, obładowane Pajero mozolnie parkuję nad skarpą jeziora. Woda skrywa niewielką populacje bezwzględnie dziesiątkowaną latami przez egoistycznych wędkarzy. Instynktownie ostrożne okazy które przetrwały, niejednokrotnie były w konfrontacji z hakami. Na pewno skóry i pyska łatwo po raz kolejny nie nadstawią. 


Badawczy rzut oka na otoczenie, kiedyś tętniące turystycznym życiem a obecnie emanujące spokojem. Szumią i kołyszą się konary drzew uchylając skrawek błękitnego nieba. Brak przedstawicieli hałaśliwej rasy, cieszy moją szamańską duszę, szukającą dyskretnej, cichej, naturalnej przestrzeni. Między drzewami w blasku słońca mieni się znajomy ale nieco inny bardziej opustoszały widok leśnej wody. Dzika natura tego miejsca podjęła walkę i przejmuje inicjatywę. Pozostawiona losowi powoli odbiera to co kiedyś zabrała i wchłonęła ekspansja człowieka.



Stara woda z tonami zalegającego na dnie śmierdzącego mułu, nad którym wkrótce rozniesie się dywan przyjemnie pachnących kulek. Na tego rodzaju dno popularne jest stosowanie twardych i mocno przesuszonych. 

Będę łowił z marszu, więc dla przyspieszenia reakcji, zastosuje świeże, lekkie, miękkie dopiero co rozmrożone i tylko lekko przesuszone proteinki. W tej aktywnej świeżej formie nie chłoną wody, zarazem zapachu mułu a pracują uwalniając mikro cząsteczki pokarmu oraz subtelną nutę zapachową.

Wracam na ląd, wylogowuje wyobraźnie bez której ciężko szukać skuteczności w podwodnym wymiarze.

Pierwsza godzina to konkretna robota z udziałem mięśni, desant sprzętu, klamotów na brzeg, montaż poda i ustawienie wędzisk. Z pośród kolekcji jednej 3lb powierzyłem wyjątkowe zadanie i uzbroiłem w plecionkę oraz 8m miękkiej strzałówki. Nadając wysoką czułość brania z odległości i bezpieczną amortyzację w razie silnego ekstremalnego holu. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam kolejna wyprawa, jaki scenariusz nieprzewidzianych dramatycznych wydarzeń spotka nas nad wodą. 

Wysokie (2018hps) ale stabilne ciśnienie dodaje optymizmu w szeroko powiązanych czynnikach. Dla mnie decydujące jest określenie miejsca łowiska, uwzględniając przyjęte założenia taktyczne. Skanowanie sondą hektarów wody i dokładne punktowe wytypowanie miejsc pod zestawy to operacja na minimum godzinę.

Zdecydowałem się na oddaloną otwartą głęboką wodę. Miejsce to charakteryzuje się dnem o niewielkich twardych placach na lekkim spadzie i krzyżówce cyrkulacji dwóch aktywnych prądów podwodnych.

Cel to skłonić do brania, wciągnąć w grę i walkę tego najsilniejszego z pośród kilku ostrożnych starych karpi - jeśli jeszcze jakieś ocalały. Nie da się ukryć, że mimo fascynacji przyrodą, ciekawością różnorodnymi gatunkami, nasze aspiracje, instynkty łowieckie często wybiórczo zmierzają do wytropienia i złowienia tego wyjątkowego największego okazu. 

Wielokrotnie analizowałem istotne charakterystyczne cechy łowiska, nim ostatecznie podjąłem decyzję o taktyce. Podstawę stanowi owocowy Predator15 w wersji na mączce sardynka na zamówienie. Do uzupełniania strategii na ostrożne duże karpie, potrzebowałem coś bardziej subtelnego i wybrałem taktyczną mrożoną kulkę BS Balance Scorpion. Nie wiele mi ich zostało, ale wystarczy kilkanaście sztuk średnicy 24 do nęcenia i 20 na włos i PVA.

Technicznie kulka na wody stojące o małym uciągu, specjalnie wybalansowana na krawędzi pływalności, lekko osiadająca, dedykowana na rzadkie inwazyjne muliste dno. Połączenie stonowanego zapachu Belachana, mączek ze skorupiaków, orzecha tygrysiego napędzają optymizmem. W wyniku tego połączenia, zbudowano ukierunkowaną kulkę ze składem bardziej odpornym na czynniki organiczne dna, utrzymując stabilną wartość pokarmową.

Sprawdzi się w większym rozmiarze i niewielkiej ilości dorzucony deserowo do całego głównego menu. Kulas w opcji na świeżo, przesuszony na krótko przed lub w trakcie zasiadki nie tracąc stabilności jest świetny. Wydawać by się mogło że w połączeniu z mulistym śmierdzącym ciemnym dnem, nie będzie przesadnie wyróżniał się. Dokładnie w tych warunkach taki efekt staram się osiągnąć, a role intensywnego przestrzennego wabienia przejmie stick mix. 

Duże pojedyncze trudne ryby poddane presji a przyciągane źródłem pokarmu, często z instynktem lęku, ignorują centralne pole nęcenia. Porządkuje taktykę zero kukurydzy, ziaren w centrum łowiska, tylko drobny pellet Formuła 1 i kulki Pre Dator 15 - dwa pokarmy szybkiego reagowania.

Na obrzeżach kombinuję z pojedynczymi dużymi BS24 wraz z specyficznym bardzo lekkim dużym pelletem Gigant LT. Intuicyjnie czuję, że tą strefę będą patrolować pojedyncze, większe osobniki. W centrum łowiska wywożę zestaw bałwanek Pred Dator wraz z różowym 15 pop-up. Natomiast wybalansowany BS20 z małym kawałkiem pop-up białej 10 poza pole nęcenia, około 10-15 m od strony głębokiej wody.

Rozmiar Scorpiona przynajmniej znacząco utrudnia kontakt drobnicy i całkowitą dewastację zestawu. Natomiast świeża forma kulki stanowi aktywny podkład zapachowy dla subtelnego małego bez zapachowego sygnalizacyjnego białego pop-up. Zestawy do dna wraz z lekko osiadającymi niedużymi 5-cm siteczkami PVA z zmielonym pelletm i kulkami w proporcji 50/50.

Łowy rozpoczęte, ciemność pochłania dzień, rześkie powietrze zastygło w bezruchu. W oczekiwaniu spijam gorącą herbatę i delektuje się chłonąc głęboko świeży tlen. Pierwsza noc mija w błogiej ciszy jednak świtem uśpiony stan przerywa rozpędzony dźwięk sygnalizatora. Niczym torpeda ucieka w otchłań jeziora, bijąc dopuszczalną prędkość, masakruje błogi stan mojego wyciszenia. Po walce na rękach melduje się 7 kilowy karp, nadzieja przyszłej populacji, buziak w czółko i kolega wraca do wody. Pojedyncze częste piki z sygnalizatorów wskazywały na aktywną obecność ryb, jednak to na tyle w tej części doby. Z jednej strony chciałem jeszcze smacznie pospać na łonie natury, zarazem zapalił się zestaw kontrolek.

Niedosyt i kłębiące się myśli...

Rachunku prawdopodobieństwa na branie w tej fazie łowienia nie da się oszukać.

Przed zachodem słońca zamarłem w bezruchu, coś jest w polu nęcenia, na gładkiej tafli lustra wody. Obserwuję lornetką potężny długi kilkumetrowy pas burzowin, który sunie wprost na mój zestaw. 

Lat temu w podobny spektakularny sposób na tym jeziorze po raz pierwszy na zestaw włosowy złowiłem 8kg karpia. Nie wytrzymałem, podszedłem przyczajony, zawisłem nad statywem jak rewolwerowiec, wbijając wzrok w słabo napiętą żyłkę. Ryba krąży rysując na wodzie gigantycznie gejzery, penetruje dno bardzo blisko i systematycznie. Z czasem tysiące drobnych bąbelków znikły a sprzęt pozostał w bezwzględnym bezruchu. 

Niestety, z pobudzonymi niezaspokojonymi emocjami, wracam do wygodnej płaszczyzny fotela. Przed wieczorem po położeniu nowych zestawów zdecydowałem, że dorzucę jeszcze kilka szt BS24 oraz podkreślę ich obecność płynnym sygnałem Belachanowej nuty zapachowej.

Robię więc stick mix z 1kg mixu Balance Scorpion dopalam 100 mil Amino Food BS. Dla zwiększenia chmury sygnału proteinowego dodałem niewielką ilość mleka w proszku, mieszając z wodą do uzyskania gęstej konsystencji. Opadające frakcje w postaci kilku metrowych ścieżek, smużą łowisko niosąc sygnał. Co prawda manewr ten nie należy do tanich pomysłów, ale wyraźnie pobudzających - inicjacja w polu walki rozpoczęta. 

Zapadł zmrok, ja tu a one tam, na razie nic więcej nie zwiastuje na bliskiego spotkania. Sam przegryzłem coś smacznego i jak to po jedzeniu i sporej dawce tlenu, zasnąłem a ciało reinkarnowałem w nocnego, wygłodniałego emocji czatującego zwierza. 

O koło północy, z wygodnej leżanki wyrywa mnie gwizd wirującej szpuli jęk hamulca. W strumieniu światła latarki widzę wędkę, mocno wygiętą w kierunku przeciwległej ponurej ściany drzew. Czyżby kolejny szalony sprinter, więc ze spokojem pozwalam na paniczną ucieczkę. W ten sposób oddalam pole walki poza strefę łowiska, ograniczając cykliczne płoszenie innych osobników. Mimo, że melodia z Delkima nie przypomina The Cult to lubię ten dźwięk a czym wolniejszy tym serce bije mocniej. Po silnej, pełnej odjazdów walce, mam go w łodzi na macie. Okazały, długi jak torpeda ponad 11kg lustrzeń, jeszcze wściekły, miotający się w podbieraku. 

Szybko. Kolejna kula na włos, siateczkę PVA nabijam na hak i zestaw do wody w centrum nęcenia. Nie długo leżał, po godzinie bez litości przeszywający dźwięk zrywa mnie do brania. Niesamowite po zaciekłej walce kolejny 12kg dzikus, wojownik doprowadza mnie do granic wycieńczenia i radości. Myślę sobie, szczęściarz, wszystko pięknie gra jak gitara Billa Duffy, Pre-Dator rządzi, tylko że wszystkie brania z centralnego pola nęcenia. 

Fakt, w to miejsce poszło sporo kulek i pelletu, karpie zareagowały, systematycznie czyszczą dno. Zaskakująca seria brań, zamieszania jakiego narobiły pozbawia mnie pewności taktycznych. Skrajny sporo oddalony Balance Scorpion 20 z pop-up milczy, mimo że sygnał tysiąca naturalnych drobinek mixu poszły w wodę. Marzę, aby choć jedna najmniejsza dotarła i skusiła receptory któregoś ze starszej watahy. 

Niestety druga część nocy powoli mija w ciszy, księżyc znikł a ja poległem po nocnych wojażach. Około 4 godz przed świtem pojedynczy samotny pik, ledwo co usłyszałem, po chwili drugi i maszynka na statywie powoli ruszyła. 

Dopadłem kij, czuję że czeka mnie spotkanie z kimś większym i cięższym niż dotąd. Tak w tej części doby zdecydowanie preferuje wolne melodie i pierwsze nieśmiałe śpiewy porannych ptaków. Majestatycznie z siłą ciężar prze w toń jeziora i wtedy uświadamiam sobie, że nie będzie lekko. Pod oporem hamulca trzeszczy szpula, trzymam wygięte wędzisko, z trudem pakuje się do starej obskurnej łodzi. Ryba powoli ciągnie łódź po gładkiej tafli jeziora, wyłączam silnik.

Na wodze w mroku i mgle mijam się z led red światełkiem z mojego przytopionego markera. Na znak jedności na chwile zapalam słabe red światło z czołówki . Nie ma sensu płoszyć rezonansami jaskrawego światła, masę kilogramów, prowokować do szalonych odjazdów i stwarzać ryzyko utraty. Obaj sam na sam w ciemnościach, co chwile wystawiamy się na próbę sił, czuję moc nie do opanowania. Krąży, trzyma się głęboko dna, bezwzględnie dominując, co chwilę zabierając nową przestrzeń. Nie raz przegrałem, znam smak porażki i lekkość wędki i luźno zwisającej żyłki. 

Dopiero, po około 30 minutach kręcenia łodzią, dynamicznych długich ucieczkach, wreszcie poczułem ciężar słabnie! Kilka metrów od burty pojawia się tuż pod lustrem jasny duży kontur masywnej ryby, z porozrzucanymi dużymi łuskami po cielsku. Jeszcze dwa razy z upartą siłą wciąga szczytówkę pod wodę, walczy resztkami mocy nim wreszcie wtoczył się między ramiona podbieraka. Z trudem ale wygodnie zaległ w macie na dnie starej łodzi. Spojrzałem jest piękny muskularny, śliczny lampas na oko to na pewno mój new biggest lampas. 


Co można napisać, część braci wie co czuje w takich chwilach człowiek opętany pasją kultowej ryby i radością bycia z naturą. Noc, świt, mgiełka, wszytko śpi i szczęśliwy wariat w staraj łodzi z dużym karpiem w środku.

Scena sama w sobie dziwaczna, urocza magia natężenia ciemności tuż przed świtem. Zjawa na wodzie uradowana kolejną chwilą spełnienia w kolekcji niepowtarzalnych przeżyć. Gdy wszystko pogrążone głęboko śpi, mnie natura obdarowuje wyjątkowo pięknym realnym snem. Wita żywym okazem wagi ciężkiej, w cudownie czarno-niebieskiej poświacie świtu. Nie wierzę w ścisłe reguły w przyrodzie, jednak jest kilkadziesiąt czynników, które zestawione zwiększają prawdopodobieństwo zrazem skuteczność połowów.

Fart a możliwe, że w miarę dobrze zestawiłem parametry techniczne i wykorzystałem warunki na łowisku. Subtelny oddalony zestaw z BS przyczynił się do złowienia tej pięknej ryby. Rozpoczynając nowy sezon możemy jedynie nosić nadzieję, że ryby żyją swoją odwieczną tajemnicą istnienia. Tak właśnie wygląda życie wielu zatraceńców, niesportowe a uwikłane w duchowe doznania. Lata, miesiące śledzenia podchodów podążania śladami i oznakami istnienia, nie raz kończą się niczym lub wynikiem jednej ryby, ale czasami znaczącej więcej niż wszystkie. 

Nigdy nie traktowałem złowionych ryb małych czy dużych jako formy sukcesu, to intymność doznań w czystej postaci, radość bycia tam nad wodą.W finale uwieńczone spotkaniem z żywą historią, tajemniczym orgiazmem żyjącym dziesiątki lat. 

Podstawa to całość, przyroda, szacunek, piękno z których można czerpać pozytywną energię i realizować wspaniałe wyprawy. Ostatniego dnia zaskakujące odkrycie na jednym z pokrowców siedzi prawie 4cm owad z czułkami rogami dwukrotnie dłuższymi od jego długości ciała. 

To rzadko występujący chroniony chrząszcz kozioróg dębosz (cerambyx cerdo), piękny okaz samca. Owad żyjący na dębach a jego spokrewniona odmiana na bukach. Żywi się sokiem drzewa nie niszczy całkowicie drzew a jedynie w wyniku drążenia chodników próchnieją ich niewielkie fragmenty. Co ciekawe, nigdy nie zasiedla dużych zwartych skupisk drzew a wybiera pojedyncze stare osamotnione egzemplarze. 

Zbliża się wieczór, odniosłem dorodnego chrząszcza w bezpieczne miejsce i rozpoczynam przygotowania do ostatniej nocnej akcji. Mam piękny okaz Lampasa, kozioroga, parę uroczych widoków na koncie, ale łapczywie napędzam się marzeniami o jaszcze większym, mega wielkim pomarszczonym lustrzeniu, karpiu z głębin leśnego jeziora. 

Pod wieczór odwiedza mnie opiekun tej oazy, pan Jan sympatyczny człowiek, głęboko związany z historią tej wody. Stojąc w ciemnościach tuż po zmroku, prowadzimy konwersację nad niepewnym losem wody i etycznym, poprawnym postępowaniem wędkarzy wobec zwierząt i ryb, co jest źródłem pasji. 

Tego się nie spodziewałem, nagle po kilku minutach uciszył nas PIK! potem długi przeszywający dźwięk. 

To branie ! 

Dopadłem wędkę na statywie przerywając długi odjazd. Ruszam w pogoń po kilku minutach walki z klasyczną dyszką i uśmiechem na twarzy wracam na brzeg. Niespodziewaniem miło zaskoczeni obaj podziwiamy piękno i osobliwe uroki gatunku cyprinus carpio. 

Pożegnałem kolegę, sam w ciszy i wielkimi nadziejami czatuje pod czarnym płaszczem nocy. 

Nad ranem na macie położył się ostatni pokonany owalny, pełnej masy 13kg lustrzeń. 


Zjawiskowe nieprzewidywalne chwile z naturą do których siłą magnesu będę wracał. Samotna wyprawa w szamańskiej oprawie, dawnych muzycznych wspomnień The Cult w konfrontacji z dziko egzystującymi karpiami oraz wielkim porożem rzadkiego gatunku chrząszcza... 

Salut Robert

...jest pusty

Akceptuję
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu i polityki cookies. Informacje dostępne są w Regulaminie oraz Polityce prywatności.